Bezdomne GP

Sieroce! Nie. Hołubione, acz nie bardzo chciane po latach wielu. Rok 2021 obnaża słabość koncepcji, która jednym dała dużo a innym zabrała urok sportu. Ekscytację, poryw emocji szalonych, czas oczekiwania na niespodziankę ad hoc. W jednym dniu!

JEST ROK 1994, kto pamięta? Wielu. VOJENS, stadion zarządzany myślami Ole Olsena, trzykrotnego mistrza świata, urodzonego 12 km od tego miasteczka duńskiego w Haderslev. Olsen mieszka w Vojens, ma swoje lata, rocznik 1946. Szybko przelaciało, jak wiatr od norweskich fiordów. W Vojens w 1994 roku odbył się ostatni finał indywidualnych mistrzostw świata. Skrzętnie trzymano w Londynie tajemnicę zmian w żużlowych rozgrywkach MŚ, planowano, kombinowano, chciano zaskoczyć świat motorowy odmiennością, atrakcyjnością. Firma BSI wydzierżawiła od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej organizację MŚ; indywidualnych i drużynowych. W powietrzu wisiała nerwowo, tajemniczo sensacja, nikłe przecieki znad Tamizy były, że szykuje się rewolucja na rynku, która przyniesie novum. Czekano, szeptano.

W Vojens byłem kilkanaście razy, lubiłem tam przyjeżdżać, autem z Katowic via Hamburg, “trochę” kilometrów oj jest. Ale meta wynagradzała podróż. 1994 rok.

Stadion pełny, towarzystwo międzynarodowe, Anglicy, miejscowi no i duża grupa polskich fanów z biało – cezrwonymi flagami. Startuje wszak Tomasz Gollob, który ogniskował zainteresowanie nie tylko moich rodaków. Sorry, rodaczek. Lubią one adrenalinę na dwóch kółkach. Poza Gollobem jest Piotr Świst a w rezerwie Roman Jankowski. Uczestnicy finału anno 94 mocni jak duński Tuborg, choć w Vojens króluje piwo Faxe. Dania mała, urokliwa, niektórzy drwili z Vojens, że impreza te rangi odbywa się właśnie tam, jeden z polskich ekspertów określił miejscowość nawet wsią. Kompleksy wymagają czasem terapii. VOJENS  zrobiło się jednak kultowe, atmosfera podgrzewana maksymalnie, nie łatwe tam było ściganie na torze. Wyścigi prostujące fanów, emocje podnoszące tętno powyżej setki. Kibice przyjeżdżający od wielu lat na speedway do Vojens buszowali po okolicy, zwiedzali Billund, gdzie klocki “Lego” mają swój rodowód i miasteczko zbudowano atrakcyjnie właśnie z tych małych, kolorowych klocków. Duński patent zdobył serca dzieci na całym świecie i wyciąga pieniądze z portfeli rodziców. Legoland jest świetny.

Turnieje w Vojens ładowane emocjami max, długo wspominane przeżycia.

OSTATNI finał indywidualnych MŚ 20 sierpnia 1994 roku wygrywa po raz pierwszy w życiu nie kto inny, tylko szwedzki as Tony Rickardsson/ ur. 1970/, nie tak łatwo, bo po barażu z innym klasowym zawodnikiem duńskim arcymistrzem Hansem Nielsenem /wygrał wtedy start/  i australijskim bezpardonowym wojownikiem Craigiem Boycem. Tercet zebrał 12 punktów, co już świadczy o walce na każdym wirażu. Czwarty o jeden punkt mniej Amerykanin Greg Hancock, za nim elegancki Duńczyk Tommy Knudsen. Kto tam jeszcze jeździł? Ano Szwed Henka Gustafsson, Anglicy Mark Loram i Chris Louis, Australijczyk Jason Crump, piętnasty z jednym punktem Piotr Świst a ostatni pechowy Tomasz Gollob. O nim za chwilę. Rezerwowi: Roman Jankowski wystartował 2 razy po zero pkt, drugi, sympatyczny Jankes Billy Hamill wyjechał raz i był ostatni.

23 – letni Gollob dwa pierwsze starty zaliczył na ostatnim miejscu, w trzecim, w XI wyścigu uderzył głową w drewnianą bandę i nieszczęśliwie zakończył ten historyczny turniej IMŚ. Bydgoszczanin wrócił do Polski, gdyż nazajutrz startował heroicznie w meczu, ratował Polonię Bydgoszcz, zdobył 9 pkt w czterech startach!

W gronie polskich sympatyków w Vojens był “minister żużla”, jak nazywano wówczas słusznie Mieczysława Wachowskiego/ zrobił dla tego sportu dużo, w tym dla Gollobów/, szef gabinetu prezydenta Lecha Wałęsy. Ekipa Tomasza Golloba z jego ojcem Władysławem na czele nie skorzystała, mimo rad, z pozostania na miejscu i obolały reprezentant Polski wrócił nocą samochodem do kraju, by walczyć nad Brdą w ligowym meczu. Niesamowite, prawdziwe szaleństwo po ciężkim urazie.

Tony Rickardsson od Vojens zaczał “maszerować” po kolejne tytuły IMŚ i zdobył ich w sumie aż sześć, ostatnie złoto w 2005. Honorowy obywatel Tarnowa… “Tosiek”.

Za rok już w innej odsłonie IMŚ, Tomasz wygrał pierwsze zawody i tak eksplodowała jego kariera na trasach serialu Grand Prix. Gollobomania stała się faktem, kibice mieli co robić. 1995 rok. Wrocław, Stadion Olimpijski, wygodna, przyjazna atmosfera. “Podniecenie” obserwatorów, zawodników, konferencja prasowa i spada kurtyna wobec starych mistrzostw świata. Depesze oficjalnie informują, że zaczęła się nowa era w żużlu, wystartowały nowe rozgrywki pn. Grand Prix. W premierze fantastyczną jazdą popisuje się Tomasz Gollob i zwycięża. Szok? Nie, duma, chwała i sława. Zaczynają się tasiemcowe zawody, 24 wyścigi, karkołomny system z czasem jest modyfikowany, gdyż nie wszystko, co obszerne jest atrakcyjne. “Dym” fascynacji opada z biegiem lat. Dyrektoruje decyzją angielskiej BSI wspomniany Ole Olsen, dwoi się i troi, objeżdża z tym cyrkiem trochę świata. Nie tak znowu bogato, jak zapowiadały wcześniejsze komunikaty. Historia matowieje, po kilku latach żegna się z żużlem angielski szef BSI /John P./, który nie bardzo zyskał autorytet na aksamitnym fotelu. Mało się znał na tym sporcie. Zadęcie było balonowe, jednak “balonik” obiecanek fruwał ciągle w tych samych miejscach. Polska Kompania Piwowarska Lech – Jana Kulczyka ratowała początkowo sponsoringiem cykl Grand Prix, podkreślam ten fakt głośno. Duża chmura a mały deszcz. Ostatnio bezmyślnie likwiduje się drużynowe MŚ, które były nie tylko prestiżem zdominowanym przez Polaków. Zazdrość, kara za polskie szkolenie?! Z powodu pandemii znów Polacy, niczym ofiarni i dzielni strażacy ratują indywidualne mistrzostwa świata anno 2020. Obok stoją biernie motofederacje liczące euro. Przykre.

Rok 2021 i jest cienko. Sypie się struktura Grand Prix, oto turniej w Warszawie znów /sierpień/ został ostatecznie odwołany. Polska strona chyba jednak podniesie z kolan serial GP, no, bo kto jak nie my… Nie ma chętnych do organizacji poza Ondrasikami z Pragi a przyjaciół poznaje się zwykle w tarapatach. 

Processed with VSCO with l2 preset

A ja z uporem maniaka naciskam, by zawetować skutecznie i zorganizować jeden wręcz turniej finałowy, w Gorzowie Wlkp. na stadionie im. Edwarda Jancarza/ symbol/, na torze Bartosza Zmarzlika, dwukrotnego mistrza świata i powrócić na karty historii w takiej właśnie formule! Jakże chciałbym.

I NIECH to będzie polskie święto żużla tam, bo nasz speedway zasługuje na wyczyn złamania kodu serialu GP, który od 1995 roku zjeżdżał konsekwentnie w dół, choć nie brakuje bezkrytycznych klakierów, którzy zatracili co jest cenne w sporcie, co jest iskrą, która nas porywa i staje się ogniem w sercach. Byle kasa się tylko zgadzała? Czyim kosztem? Nie dyskutuje się w wymiarze globalnym co dalej robić, lansuje sztucznie Puchar Narodów, byle pogrzebać tradycję i historię biało – czerwonych zwycięstw. Obniża ignorancją rangę szkolenia młodzieży a taka metoda zemści się okrutnie.

No to tyle i aż tyle na teraz – odważne decyzje działaczy znad Wisły powinny zaznaczyć narodową moc i może wreszcie postawimy realnie na żużlową rację stanu. MARZENIE?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s